Cholernie Męska Definicja Miłości, Część 5: Sasza, Emo, Kulfon i Kasia

grizli

Zawsze wtedy, kiedy znajdujesz wolną chwilę, żeby się ogolić, nagle okazuję się, że trzeba uratować świat, borsuki, Amerykę albo, najczęściej, własnych przyjaciół.

– Kurwa, zarosłem jak Che Guevara… – stwierdziłem pod nosem, kiedy w lustrze zobaczyłem człowieka śniegu. Chwyciłem za półrocznego polsilvera, wydłubałem z ostrzy resztki włosów z nóg i napuściłem na palec tyle żelu, że nie dało się go dostrzec. Oczywiście ten, kto zna żele do golenia wie jak morda wygląda po małej jego ociupince.

grizli2

No właśnie.

Pierwszy, najważniejszy ruch – pomyślałem i roztrzęsioną ręką spróbowałem trafić maszynką tam, gdzie nie ma oczu, nosa, ani dróg oddechowych, które też były wypełnione pianką.

gore

– Kurwa twoja mać, Grzesiek! – pisnąłem, gdy zdałem sobie sprawę, że straciłem pół twarzy.

– Będziesz żył, bo mam dla ciebie wspaniałą wiadomość…- powiedział tylko, widząc we mnie potencjalnego dawce krwi na kaszankę.

– Jaką… – zapytałem zalepiając plastrem odcięte pół twarzy.

– Napisałem do Saszy! – pisnął uradowany. – Właściwie nie do niej, tylko do jej menadżera, żeby dał mi do niej jakiś kontakt, czy coś…

– I liczysz na to, że ten z miejsca przeczyta twoją prośbę, tak?

– Ha, pomyślałem i o tym! Żeby zwrócić jego uwagę na mojego mejla wpisałem w temacie… VIAGRA, 1.69 ZA TABLETKĘ! KUP ONLINE! Jaki facet oprze się takiej okazji, co?

Uderzyłem się w czoło z taką siłą, że oczy odbiły się od potylicy i wpadły z powrotem do oczodołów.

– Jesteś genialny Grzegorzu… – wybełkotałem z rozpaczy nad spalinową pracą jego zardzewiałego mózgu.

– No wiem przecież. Tylko czekać, kiedy odpisze! – krzyknął szczęśliwy – A, chciałem ci powiedzieć, że znowu śnieg spadł, więc ubieraj się ciepło, bo zabieram cię gdzieś.

– Gdzie na Boga?

– Do twojej szkoły…

Moja szkoła. Chodziło oczywiście o liceum, w którym znajdowało się stosunkowo najwięcej ładnych dziewczyn w wieku 15 – 18 lat. Grzesio spędzał tu niewiele mniej czasu ode mnie, chociaż jego szkoła była pół kilometra dalej. Twierdził, że widok świeżo wyjętych spod prawa dziewczynek napawał go nieopisanym spokojem.

Moją czujność wzbudził jednak fakt, że już nie chodzę tam prawie rok. Nie miałem tam nic do załatwienia więc jaki interes miał Grześ, w takim razie? Chyba jeszcze o czymś nie wiem, ale wydaję mi się, że niedługo się dowiem. Tylko, czy ja czasem nie mam złego przeczucia?

U Bonka

misiobonk – Piotrek, wyłazisz kurw… czę? – krzyknął Bonk do telefonu.

– Powiedziałeś kurczę?

– Przyrzeczenie noworoczne. Staram się nie kląć. Wyłazisz, czy nie? Mam chęć ulepić zajefajnego bałwana!

– Eee, nie chcę mi się. Śpiący jestem…

– Oj co ty pierd… niczysz?

– Naprawdę. Ulep sobie sam. Może potem wyjdę – powiedział tylko i kapylodłożył słuchawkę.

– Głupiutki fallus… – mruknął Bonk i wpadł w zamyślenie.

– Wszystko w porządku? – zapytała Kasia, kiedy Piotrek skończył gadać. – Bo jak coś ci wypadło, to możemy przełożyć ten spacer…

– Nie nie – zaprzeczył Piotrek. – Taki kolega dzwonił, nie lubię go. Wolę iść z tobą.

– Okej, więc  chodźmy

Liceum Janka

– Grzesiu, to głupi pomysł… – stwierdziłem pewien swoich domysłów.

– Zamknij mordę i patrz, czy nikt nie idzie – szepnął cichutko i zajął się zamkiem.

Włamywaliśmy się do mojej szkoły tylnymi drzwiami. Szkoły, która była otwarta. Musieliśmy się włamać, bo w środku, jak i przed głównym wejściem, są kamery. Nie można było wchodzić, bo ambitny cieć nie chciał wpuszczać nikogo obcego, jeżeli nie miało się dobrego powodu. Grześ niby miał…

secure

Ale cieć na to nie poszedł.

– Przecież to nie Warszawa, tu nikt nie wchodzi do szkół i nie wybija uczniów. Kto widział, żeby zakładać tu monitoring i nie wpuszczać absolwentów – powiedział majstrując przy zamku. Ja wyglądałem za winkiel patrząc, czy nie idzie tu żaden nauczyciel.

– Za moich czasów nie było tu ciecia. Nie wie kim jestem, to jak ma nas wpuścić? – stwierdziłem. – No otworzyłeś już, czy nie?

Grzesio popchnął drzwi, które otworzyły się jak za dotknięciem różdżki.

– Stary, granie w Gothica zdziała cuda. Chodź.

Wleźliśmy do środka. Pusto jak na koncercie Mandaryny. Prawdopodobnie trwały teraz lekcję. Na szczęście tu, gdzie chodziliśmy kamer jeszcze nie było. Dopiero w korytarzu obok wielki brat kontrolował sytuację.

Grześ wyciągnął komórkę, popykał coś i zaczął czytać na wyświetlaczu swojego telefonu jakiegoś esemesa.

– Świetnie się składa, sala zero dziesięć. To tutaj – powiedział pokazując na drzwi niedaleko nas. – Usiądźmy i poczekajmy, zaraz będzie dzwonek na przerwę.

– Po co tutaj przyszliśmy? – zapytałem, kiedy usiedliśmy na ławce naprzeciwko drzwi.

– Zobaczysz…

A u Bonczka…

– Och, ale super bałwan mi wyszedł, normalnie wyczepisty! – zachwycał się Bonk spoglądając na swoje dzieło. – Nazwę cię Kulfon bałwanku.

Obszedł go dookoła, poprawił gdzie nie gdzie i wytrzepał ręce na znak skończonej pracy. Zauważył jednak kantem oka czarną plamkę na drodze, jakieś pięćdziesiąt metrów obok jego domu. Podszedł z cichajca pod płot i zaczął się przyglądać…

Przyglądał się…

Przyglądał…

kulfon

Hop do liceum!

Dźwięk dzwonka rozniósł się po całej szkole, i na korytarz wybiegło dziesiątki uczniów. W mojej opinii większość z nich wyglądała śmiesznie, ale jednak pięknych dziewczyn tu nie brakło. W sumie to z roku na rok wypada narzekać, że nie jest się już uczniem tego miejsca.

– Patrz Janku… – odezwał się w końcu Grześ pokazując mi ruchem głowy na tą jedną, najładniejszą.

– Najprawdziwsze Emo… – wybełkotałem. Nigdy nie widziałem żadnego Emo na żywo, ale ta tutaj była idealna. Stała bezradna na środku korytarza spoglądając się gdzieś na swoje ciapki kubota z serii Emo.

emos

– Fajna nie? – zapytał Grześ.

– A Sasza?

– Sasza jest fajniejsza, ale jak tylko mnie oleję, to już wiesz, którą sobie zaklepałem…

– No, wiem.

I tak patrzyliśmy się na jej bezradność, wstydząc się podejść, żeby się ptaszyna nie spłoszyła. Była taka delikatna, taka bez cycków i taka emo-słodka, że chciało się tak siedzieć i patrzeć na jej emowatość.

Nagle telefon Grzesia zaczął dzwonić. Wyjął go z kieszeni, zerknął na wyświetlacz i odebrał.

– Co jest Bonku?

Twarz Grzesia, z początku normalna, nagle przybrała odcień zaskoczenia i w końcu na dobre się zamurowała. Skończył gadać, schował telefon do kieszeni i popatrzył na mnie.

Mój pytający wzrok dawał mu do zrozumienia, że chcę wiedzieć, o co chodzi.

– Piotrek chodził z dziewczyną… – wydusił z siebie i zamarł na dobre.

Właśnie wtedy w naszej rodzinie pojawiła się nowa, nieproszona osoba.

Kasia.

Reklamy

7 thoughts on “Cholernie Męska Definicja Miłości, Część 5: Sasza, Emo, Kulfon i Kasia

  1. Muszę przyznać, że piszesz świetnie. ‚Cholernie Męska Definicja Miłości’ – chce się czytać, żałuję, że nie trafiłam na Twojego bloga wcześniej. Wszystko jest tak zajebiście realistyczne i w dodatku te rysunki. Są świetnie dopasowane do tekstu, w sumie to idealnie. Gratuluję talentu do pisania. I tak btw, chyba zaczniesz pisać tylko o miłości. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s