Ten post jest dedykowany wszystkim facetom z jajami większymi od słoika majonezu.
Założę się, że każdy z was za młodu zapierdzielał gównianym ruskim resorakiem po dywanie. To nic, że resorak był z ostatniego gatunku miedzi, plastikowe kółka się nie kręciły a kolorystyka takiego auta mieszała kolor zgniłego zielonego z soczyście różowym. Grunt, że to były nasze pierwsze 4 kółka.
Umiejętności kierowcy doskonaliliśmy biegając z pokrywką po podwórku. To nic, że za koła robiły nasze nogi a za dźwięk silnika, własna morda. W końcu od czego dziecinna wyobraźnia?
Potem siedziało się za kierownicą prawdziwego samochodu (maluch, 125p, łada, wartburg, syrena), którego wujek odkupił od jakiegoś miastowego. To była dopiero jazda! Sam pamiętam jak większość wujostwa przeganiała mnie z ich samochodów, bo bali się, że 6 letni gówniarz wyjedzie nim na szosę, zabije się o furmankę i konia sołtysa. I wcale nie mieli na sercu dobra mojej osoby…
Potem pierwsze próby na polonezie taty. Niech mnie szlag, ale wtedy słyszałem tyle bluzg pod własnym adresem z jego strony, że do dziś zastanawiam się, czy on był wtedy wierzący.
- Powoli puszczaj sprzęgło i dodawaj gazu…
Robiłem tak ja kazał. Poldek popierdział, popierdział i zdechł.
- Spokojnie, spróbuj jeszcze raz…
Spróbowałem. To samo, z tym, że pod maską włączył się jakiś wiatraczek i zaświeciły się wszystkie kontrolki.
- Kurwa jego mać! Pojąć nie umiesz jełopie! Powoli sprzęgło i powoli gaz, kurwa mać! Co w tym skomplikowanego!? A ty puszczasz te sprzęgło na odwal, bez uczucia! Ja pierdole, lepiej po pijaku jeździłem! Wynoś się i wróć, jak zaliczysz pierwszą dupę…
Powiedział mi to w dzień dziecka. Wszystkiego najlepszego
Co prawda dotąd nie zaliczyłem nic innego oprócz własnej ręki, ale nie powstrzymało mnie to od nauki jazdy samochodem. Powoli, powoli, ale moje rzemiosło nabierało kształtu. Przestałem mylić kierownicę ze skrzynią biegów, a skrzynie biegów z wycieraczką. Stopy zaczęły współpracować z pedałami, ręka pojęła jak wrzucać biegi, a jak się dowiedziałem, że samochodem da się jeździć do przodu, to myślałem, że pierdolnę z podziwu!
Potem tata kupił Opla Vectrę, po panowie z pomocy drogowej powiedzieli, że zanim wyciągną Poloneza z jeziora, może minąć jakiś czas.
Tu pojawiły się nowe możliwości! Obsługiwanie pedała gazu nie przypominało już wpychania cegły do odbytu a kierownica naprawdę się kręciła! To było coś.
Chociaż mam dopiero 17 lat, to w skarbonce jest już odłożone aż 4,65 złotego na prawko. Nie mrugnę okiem a już będę siedział za kierownicą Corsy i z pobłażaniem decydował o życiu albo śmierci ludzi będący w tej chwili na chodniku.
Kiedy instruktor stwierdzi, że jestem psychicznie gotowy na odbiór prawa jazdy, skończę już 56 lat i kupię swój własny samochód!
Ale wiecie, że prawdziwy mężczyzna nie jeździ byle czym. Ja na przykład, nie pokażę się w Mini Cooperze (tak jak Danzel), albo w Rolls Roysie (tak jak czarni raperzy), nie.
Ja mam ambicję i moja maszyna musi spalać 489 litrów na 100 kilometrów, ma wydawać piękny bulgoczący dźwięk przypominający mi, że to ja jestem główną przyczyną efektu cieplarnianego, kwaśnych deszczy i nadwyżki ołowiu w krwi małych dzieci.
To ma być Muscle Car z prawdziwego zdarzenia, a jak wiadomo taki typ samochodu dostępny jest tylko w ojczyźnie patriotów, hamburgerów i grubych pasztetów, czyli w USA!
Ach, świat do tej pory pamięta te wszystkie cudowne maszyny, które swoim wyglądem mówiły: Dzisiaj pokaże Ci jak poderznąć gardło nicią dentystyczną, jak dać w mordę kobiecie i jak dostać się do własnej nerki!
Rozumiecie?
Te samochody wychowywały i one pozwalały czuć się prawdziwym mężczyzną. Dodge Charger lub Chalanger, Baracuda, Chevrolet Camaro, czy kultowy Mustang – to właśnie przez te smoki jesteśmy zmuszeni szukać alternatywnych źródeł energii.
Jakby jeden z nich stał w moim garażu, to już do końca życia tryskał bym testosteronem z penisa a moje dzieci miałyby 2 metry wzrostu, muły jak koń, byłyby całe owłosione a ich sutki, wielkością odpowiadałyby słupom podtrzymującym Golden Bridge.
Laski, widząc moje auto, samo rozstawiałyby nogi, a ja śmiałbym się z opinii zazdrosnych facetów twierdzących, że mam małego ptaszka!
Ale to jeszcze nie koniec.
Niedługo po otrzymaniu prawka na auto, kupię sobie zezwolenie na prowadzenie stalowego rumaka, czyli motocykla!
I tu mała dygresja: Wy, wszyscy, którzy szpanujecie, że wasze tyłki dosiadły już wszystkich rodzajów dwukołowych pojazdów a komary i osy, to dla was śmieszne łaskotanie w odbyt – wyśmieję was, jeśli wskazując na Harleya powiecie: – Ja takim motorem, to codziennie jeżdżę! Debilu, pamiętaj, że to nie motor, to motocykl! To mniej więcej taka różnica jakbyś na własną matkę mówił laska.
Taak, nie ma nic piękniejszego jak jechać pustą i zapomnianą nitką autostrady czując powietrze muskające twoje ciało, słuchając Route 66 Rolling Stonesów i kurwić na robaczki rozbryzgujące się na twoim kasku.
Założę się, że prawdziwy jeździec widzi więcej duchów zmarłych Indian, niż zmarli Indianie! Uprzedzam, że mówiąc o motocyklu myślę oczywiście o maszynach typu criuser, chopper, tourist tudzież dragach a nie o jakiś pierdzących enduro, czy innych pierdolniętych “hayabusowatych” bzykaczach. To zabawki dla chłopaczków.
Prawdziwy mężczyzna siadając na cruiserze staję się herosem a kalendarze na całym świecie zostają wymieniane na nowe, obwieszczające nową erę. Mężczyzną na 1,5 – litrowym rumaku sprawia, że szatan błaga Boga o błogosławieństwo a zakonnice w klasztorach zamykają się i proszą Stwórce o ten jeden jedyny raz z facetem na chromowanym motocyklu.
Posiadając motocykl stajesz się Panem autostrad, bezdroży i brudnego powietrza. Zapach smaru to twoje perfumy a zarośnięta twarz staje się herbem.
Będę miał taki motocykl, ale na pewno nie będzie nim Harley (z prostego powodu, wtedy przynależę do grupy harleyowców, a w mojej naturze niezależność i wolność jest priorytetem). Motocykl, na którym będę miał prawo siedzieć, to ten:

Honda Shadow Spirit – chopper moich marzeń, który w swojej prostocie nie kwalifikuję się do niczego. To najemnik, pojazd dla ludzi, którzy nie pragną osiągów, przesadnej wygody, albo respektu. To pojazd dla ludzi wybranych, pewnych siebie i swoich możliwości. Do jazdy tym cudem nie są wymagane umiejętności, on sam nas prowadzi. Do jazdy tym cudem potrzebny jest charakter prawdziwego mężczyzny!
A miejmy nadzieję, że kiedyś takim się stanę…
W swoim życiu dwa razy jechałem na dwukołowcu i były to motorowery – romet, czyli popularny komar, oraz chopperopodobne chińskie gówno podpisane DAIHATSU, które ma zajebisty dźwięk (Pozdro dla Laski, elo ziom fu!). Zanim na nie usiadłem, zastanawiałem się jak na tym jeździć? Jak byłem gówniarzem, potrafiłem wyjebać się na trójkołowym rowerze, a co mówić o dwukołowym sprzęcie napędzanym silnikiem!
Jednak czas pokazał, że nie miało być źle. Siadając na komarze byłem władcą żużlowych dróg – Pojechałem tym gównem w piździec a jak chciałem zawrócić, to mi zdechł. Nie umiałem go odpalić i musiałem pchać tego dziada z powrotem ![]()
Tym drugim umiałem już zawrócić, bo za odpalenie silnika odpowiadał guzik, a ja mam dyplom i certyfikat na wciskanie guzików i to mnie uratowało
Zastanawiam się jak mógłbym podsumować całego posta.
Oczywiście mógłbym życzyć wszystkim chociaż dotknięcia takiego cudeńka, ale większość moich rówieśników woli Calibry i bzykające Kawasaki ZX-10R a blachary i tak rozłożą nogi na pierwszym lepszym volkswagenie Golfie.









