Archiwum z listopad, 2007

Post dla prawdziwych mężczyzn!

11 listopad 2007

Ten post jest dedykowany wszystkim facetom z jajami większymi od słoika majonezu.

Założę się, że każdy z was za młodu zapierdzielał gównianym ruskim resorakiem po dywanie. To nic, że resorak był z ostatniego gatunku miedzi, plastikowe kółka się nie kręciły a kolorystyka takiego auta mieszała kolor zgniłego zielonego z soczyście różowym. Grunt, że to były nasze pierwsze 4 kółka.
Umiejętności kierowcy doskonaliliśmy biegając z pokrywką po podwórku. To nic, że za koła robiły nasze nogi a za dźwięk silnika, własna morda. W końcu od czego dziecinna wyobraźnia?
Potem siedziało się za kierownicą prawdziwego samochodu (maluch, 125p, łada, wartburg, syrena), którego wujek odkupił od jakiegoś miastowego. To była dopiero jazda! Sam pamiętam jak większość wujostwa przeganiała mnie z ich samochodów, bo bali się, że 6 letni gówniarz wyjedzie nim na szosę, zabije się o furmankę i konia sołtysa. I wcale nie mieli na sercu dobra mojej osoby…
Potem pierwsze próby na polonezie taty. Niech mnie szlag, ale wtedy słyszałem tyle bluzg pod własnym adresem z jego strony, że do dziś zastanawiam się, czy on był wtedy wierzący.
- Powoli puszczaj sprzęgło i dodawaj gazu…
Robiłem tak ja kazał. Poldek popierdział, popierdział i zdechł.
- Spokojnie, spróbuj jeszcze raz…
Spróbowałem. To samo, z tym, że pod maską włączył się jakiś wiatraczek i zaświeciły się wszystkie kontrolki.
- Kurwa jego mać! Pojąć nie umiesz jełopie! Powoli sprzęgło i powoli gaz, kurwa mać! Co w tym skomplikowanego!? A ty puszczasz te sprzęgło na odwal, bez uczucia! Ja pierdole, lepiej po pijaku jeździłem! Wynoś się i wróć, jak zaliczysz pierwszą dupę…
Powiedział mi to w dzień dziecka. Wszystkiego najlepszego ;-)

Co prawda dotąd nie zaliczyłem nic innego oprócz własnej ręki, ale nie powstrzymało mnie to od nauki jazdy samochodem. Powoli, powoli, ale moje rzemiosło nabierało kształtu. Przestałem mylić kierownicę ze skrzynią biegów, a skrzynie biegów z wycieraczką. Stopy zaczęły współpracować z pedałami, ręka pojęła jak wrzucać biegi, a jak się dowiedziałem, że samochodem da się jeździć do przodu, to myślałem, że pierdolnę z podziwu!
Potem tata kupił Opla Vectrę, po panowie z pomocy drogowej powiedzieli, że zanim wyciągną Poloneza z jeziora, może minąć jakiś czas.
Tu pojawiły się nowe możliwości! Obsługiwanie pedała gazu nie przypominało już wpychania cegły do odbytu a kierownica naprawdę się kręciła! To było coś.
Chociaż mam dopiero 17 lat, to w skarbonce jest już odłożone aż 4,65 złotego na prawko. Nie mrugnę okiem a już będę siedział za kierownicą Corsy i z pobłażaniem decydował o życiu albo śmierci ludzi będący w tej chwili na chodniku.
Kiedy instruktor stwierdzi, że jestem psychicznie gotowy na odbiór prawa jazdy, skończę już 56 lat i kupię swój własny samochód!
Ale wiecie, że prawdziwy mężczyzna nie jeździ byle czym. Ja na przykład, nie pokażę się w Mini Cooperze (tak jak Danzel), albo w Rolls Roysie (tak jak czarni raperzy), nie.
Ja mam ambicję i moja maszyna musi spalać 489 litrów na 100 kilometrów, ma wydawać piękny bulgoczący dźwięk przypominający mi, że to ja jestem główną przyczyną efektu cieplarnianego, kwaśnych deszczy i nadwyżki ołowiu w krwi małych dzieci
.
To ma być Muscle Car z prawdziwego zdarzenia, a jak wiadomo taki typ samochodu dostępny jest tylko w ojczyźnie patriotów, hamburgerów i grubych pasztetów, czyli w USA!
Ach, świat do tej pory pamięta te wszystkie cudowne maszyny, które swoim wyglądem mówiły: Dzisiaj pokaże Ci jak poderznąć gardło nicią dentystyczną, jak dać w mordę kobiecie i jak dostać się do własnej nerki!
Rozumiecie?
Te samochody wychowywały i one pozwalały czuć się prawdziwym mężczyzną. Dodge Charger lub Chalanger, Baracuda, Chevrolet Camaro, czy kultowy Mustang – to właśnie przez te smoki jesteśmy zmuszeni szukać alternatywnych źródeł energii.

Bezapelacyjnie mój ukochany samochód – Ford Mustang

Jakby jeden z nich stał w moim garażu, to już do końca życia tryskał bym testosteronem z penisa a moje dzieci miałyby 2 metry wzrostu, muły jak koń, byłyby całe owłosione a ich sutki, wielkością odpowiadałyby słupom podtrzymującym Golden Bridge.
Laski, widząc moje auto, samo rozstawiałyby nogi, a ja śmiałbym się z opinii zazdrosnych facetów twierdzących, że mam małego ptaszka!

Ale to jeszcze nie koniec.
Niedługo po otrzymaniu prawka na auto, kupię sobie zezwolenie na prowadzenie stalowego rumaka, czyli motocykla!
I tu mała dygresja: Wy, wszyscy, którzy szpanujecie, że wasze tyłki dosiadły już wszystkich rodzajów dwukołowych pojazdów a komary i osy, to dla was śmieszne łaskotanie w odbyt – wyśmieję was, jeśli wskazując na Harleya powiecie: – Ja takim motorem, to codziennie jeżdżę! Debilu, pamiętaj, że to nie motor, to motocykl! To mniej więcej taka różnica jakbyś na własną matkę mówił laska.
Taak, nie ma nic piękniejszego jak jechać pustą i zapomnianą nitką autostrady czując powietrze muskające twoje ciało, słuchając Route 66 Rolling Stonesów i kurwić na robaczki rozbryzgujące się na twoim kasku.
Założę się, że prawdziwy jeździec widzi więcej duchów zmarłych Indian, niż zmarli Indianie! Uprzedzam, że mówiąc o motocyklu myślę oczywiście o maszynach typu criuser, chopper, tourist tudzież dragach a nie o jakiś pierdzących enduro, czy innych pierdolniętych “hayabusowatych” bzykaczach. To zabawki dla chłopaczków.
Prawdziwy mężczyzna siadając na cruiserze staję się herosem a kalendarze na całym świecie zostają wymieniane na nowe, obwieszczające nową erę. Mężczyzną na 1,5 – litrowym rumaku sprawia, że szatan błaga Boga o błogosławieństwo a zakonnice w klasztorach zamykają się i proszą Stwórce o ten jeden jedyny raz z facetem na chromowanym motocyklu.
Posiadając motocykl stajesz się Panem autostrad, bezdroży i brudnego powietrza. Zapach smaru to twoje perfumy a zarośnięta twarz staje się herbem.
Będę miał taki motocykl, ale na pewno nie będzie nim Harley (z prostego powodu, wtedy przynależę do grupy harleyowców, a w mojej naturze niezależność i wolność jest priorytetem). Motocykl, na którym będę miał prawo siedzieć, to ten:


Honda Shadow Spirit – chopper moich marzeń, który w swojej prostocie nie kwalifikuję się do niczego. To najemnik, pojazd dla ludzi, którzy nie pragną osiągów, przesadnej wygody, albo respektu. To pojazd dla ludzi wybranych, pewnych siebie i swoich możliwości. Do jazdy tym cudem nie są wymagane umiejętności, on sam nas prowadzi. Do jazdy tym cudem potrzebny jest charakter prawdziwego mężczyzny!
A miejmy nadzieję, że kiedyś takim się stanę…
W swoim życiu dwa razy jechałem na dwukołowcu i były to motorowery – romet, czyli popularny komar, oraz chopperopodobne chińskie gówno podpisane DAIHATSU, które ma zajebisty dźwięk (Pozdro dla Laski, elo ziom fu!). Zanim na nie usiadłem, zastanawiałem się jak na tym jeździć? Jak byłem gówniarzem, potrafiłem wyjebać się na trójkołowym rowerze, a co mówić o dwukołowym sprzęcie napędzanym silnikiem!
Jednak czas pokazał, że nie miało być źle. Siadając na komarze byłem władcą żużlowych dróg – Pojechałem tym gównem w piździec a jak chciałem zawrócić, to mi zdechł. Nie umiałem go odpalić i musiałem pchać tego dziada z powrotem ;)
Tym drugim umiałem już zawrócić, bo za odpalenie silnika odpowiadał guzik, a ja mam dyplom i certyfikat na wciskanie guzików i to mnie uratowało :)

Zastanawiam się jak mógłbym podsumować całego posta.
Oczywiście mógłbym życzyć wszystkim chociaż dotknięcia takiego cudeńka, ale większość moich rówieśników woli Calibry i bzykające Kawasaki ZX-10R a blachary i tak rozłożą nogi na pierwszym lepszym volkswagenie Golfie.

Spalcie wszystkie zdjęcia, na litość!

8 listopad 2007

Już trzeci dzień siedzę w domu i patrzę jak moje ciało radośnie wpierdziela łagodniejsza odmiana białaczki, czyli grypa. Kaszlę, wykaszlując coraz to fajniejsze partię moich płuc, smarkam już chyba jelitem cienkim (bo już tylko to zostało…), i prażę się jak kukurydza na maśle. A wszystko dlatego, że święto zmarłych było wyjątkowe nieciepłe tego roku.
To już trzeci dzień siedzenia samemu w domu…
To okropne!
Obejrzałem już wszystkie pornole, przeczytałem stare numery Kaczora Donalda, zapaliłem papierosa i już ze sześćdziesiąt siedem razy sięgnąłem do spodni a nadal pałaszuję mnie nuda!
To chyba najgorsza rzecz jaka mogła mi się przytrafić a jeszcze gorsze jest to, że dostałem gola z fizyki nawet nie będąc w szkolę!
Cóż, będę miał sporo sprzątania jak wrócę…

Jednak wracając do tematu.
Co robić?! – pytałem sam siebie lepiąc, z wydłubanych z nosa glutów, rosyjskich imigrantów.
Nie miałem narkotyków, alkoholu, dmuchanej laly, kompletnie nic, co mogłoby stanowić dla mnie jakąś rozrywkę.
Nie, właściwie było coś, co mogłoby zabić czas…
Coś, czego do tej pory nie potrafiłem zrozumieć, bo byłem głupim bachorem.
Było jedne jednością zajęcie jakie z powodzeniem zajmowało całe pokolenia rodzin w nudne deszczowe i samotne dni…
Oglądanie starych zdjęć!
Co mi szkodzi? – zapytałem sam siebie i biegiem ruszyłem po pudełko po butach, które stanowiło bazę dla naszych pamiątkowych fotografii. Kiedy je otworzyłem, w moją twarz wystrzelił obłok spalonego kurzu i starych roztoczy. Skontrowałem atak i kichnąłem.
W końcu pozbywszy się smarków z pudełka, dobrnąłem do żmudnie posegregowanych zdjęć w kategoriach od najstarszego do najnowszego. W sumie nie bardzo interesowały mnie zdjęcia mojego starego w wojsku i na wuesce ani fotografię mojej mamuśki z petem w ręku jedzącej rosół. Sięgnąłem więc po zdjęcia, które pamiętają moją młodość..
Pierwsze jakie wpadło mi w łapy, to zdjęcie małego Janeczka z siurdakiem na wierzchu. Ile ja mogłem mieć wtedy lat? Chyba aż z 1 rok, a do tej pory moja debilna rodzina podnieca się, że widziała mnie nago.
No kurwa!
Czegoś nie rozumiem?
Bo to oni wszyscy urodzili się w garniturach od Gucciego albo szmatach od Diory, tak?
Z ich gołych dup śmiały się jeszcze PRL-owskie położne i ja nie robię z tego takiej afery! Poza tym, zdjęcie było robione w moim domu, a w swoim domu mogę chodzić nago i to moja sprawa!
Koniec tematu, zdjęcie spalone.
Następna fotka.

Ach…
To chyba moja ulubiona!


Ten Sly po lewej to ja, a ten po prawej to mój przyjaciel – Łukasz. Ile mieliśmy wtedy lat? z siedem?
Taak, za tamtych czasów wpierdalałem jak bizon a pojemnością dorównywałem chyba tylko betoniarkom. Nie przeszkadzało mi to jednak w namiętnym wcielaniu się w Songo-ku albo Asha ;)
To były najpiękniejsze lata mojego życia – beztroskie zabawy, bezcelowe bieganie po mojej ukochanej miejscowości, nieopisane akcje na Pegasusie, pierwsze numery Wampera podjebane ojcu a w efekcie, pierwsza erekcja.
Ha, do tej pory pamiętam jak z kolegą Łukaszem i Mateuszem napierdalaliśmy się kijami po ryjach bo nie były to kije, tylko potężne i niezwyciężone miecze półtora ręczne.
No, łowiliśmy też ryby na pajdę chleba, zniszczyliśmy samochód (to było Tico, więc jesteśmy rozgrzeszeni), crossowaliśmy rowerami, wymienialiśmy się karteczkami (takie wpinane, do segregatorów), a także wyłudzaliśmy pieniądze od gówniarzy.
Zima to było totalne apogeum! Konkursy na największą kulę ze śniegu, bitwy na śnieżki, usypywanie igloo, które następnego dnia zmieniało się w kałuże żółtego moczu, formowanie labiryntów w zaspach!
Ech… To były czasy. Czasy, kiedy sumiennie odkładało się pieniądze na lody i nowe kartridże kupione na targu, czasy, kiedy gościem był ten, kto dalej splunął pestką z wiśni.
Taak, moje dzieciństwo było cudownym przeżyciem. Piękne lato, kiedy spało się na pachnących drzewach wiśni, pływało się w cieplutkich stawach i wędrowało po zielonych łąkach w akompaniamencie zachodzącego słońca, a kiedy nachodziła noc, słuchało się orkiestry żab i liczyło gwiazdy na cudownym majowym niebie. Wtedy to właśnie nauczyłem się słodkich wulgaryzmów i znaczenia środkowego palca. Byłem debeściakiem, bo byłem największy w klasie, miałem jako pierwszy srebrną temperówkę i błyszczący żółty mazak.
Cóż, po tamtych czasach zostało mi 190 cm wzrostu, legendarna temperówka i wspomnienia. Oddałbym rower, żeby znowu cofnąć się do ‘97.
Zdjęcia zachowałem.


Widzicie ten widok? Taak, Zakopane z nieśmiertelnym… Huj wie czym, to chyba nie Giewont. Chociaż dla mnie wszystkie góry, to Giewont…
Tje tam.
Miejscowość, której fragment widzicie poniżej, to Małe Ciche – druga w kolejności najdurniej nazwana wioska leżąca pod Zakopanem. Pierwsza to Murzazihle ;)
To moja druga ojczyzna! Tam właśnie bujałem się w obcisłych dresach zajadając trzy lody na raz. To właśnie tam poznałem Marysię i właśnie tam o niej zapomniałem. To właśnie tam prałem po pyskach małe góralskie dzieci i to właśnie tam dostawałem ciupagami od ich ojców. To właśnie tam wymiotowałem po oscypku (zaraz po tym jak dowiedziałem się, że jest z koziego wytrysku) i właśnie tam spędziłem drugą część najwspanialszego czasu w swoim życiu. Spędzałem bajeczne wieczory przy ognisku, bawiłem się na koncertach mało znanych zespołów (Strefo, do dziś pamiętam cię i refren piosenki Pieprzę każdą pracę!). A te niezliczone kilometry przebyte po Dolinie Kościeliskiej i ten cudowny widok u jej zwieńczenia, podróże po potężnych halach i zapach halnego, który śmierdział owczym gównem. Kiedyś tam wrócę i postawię sobie dom z bali i będę tam mieszkał z Marysią do końca życia!



O, a tu byłem nad morzem (nawet zrobiłem zdjęcie, ale z jakimś jełopem na samym środku, którego nie pamiętam). Do dziś kurwa przeklinam ten dzień, bo morze to najgorsze gówno na świecie. Trzeba było wybrać się pod nie z trepa (nie wiem jak jest teraz) a nauczycielka nie pozwalała się bawić tymi zajebistymi kulami, z których wypadały zabawki za dwa złote. Gdy dotarliśmy do Bałtyku, powiedziałem to, co tylko mogłem powiedzieć:
Kurwa…
Wiecie jak wyglądają te śródziemnomorskie morza i karaibskie oceany. Złocista plaża, przepiękna błękitna woda położona pod słonecznym niebem. Śpiew mew, świeży zapach przybywający z dziewiczym wiatrem. Tak NIE wygląda nasze morze.
Nasze morze jest szare, brudne i śmierdzi glonami. Słońce nie świeci a mewy wyglądają jak po testach w Czarnobylu i są tak wielkie, że zjadają koty i psy turystów, a potem zasrywają wybrzeże wielkim zielonym “czymś”. No cóż, jedyne plusy jakie mogę wymienić, to to, że wiał wiatr a obok była czaderska zjeżdżalnia. Wiatr był kurewsko zimny jak na dziewice, a zjeżdżalnia wydawała się starsza od Kopernika i spały na niej jastrzębie.
Poza tym przewróciłem się w wodzie jak spieprzaliśmy z Łukaszem przed dziwnie zdenerwowanym kolegą (zbyt pretensjonalnie zareagował na słowo Mientka Cipka! – chodził w klapkach po wodzie, kretyn). Nasza grupka poszła, my wyciskaliśmy gacie a ludzie śmieli się z naszych jajek. Na całe szczęście kupiłem sobie tą jebaną zabawkę za dwa złote!

Reszty zdjęć nie oglądałem. Nie wypada przypominać komunii świętej, o której wolę zapomnieć (dostałem rower i wieże stereo. Na rower siadłem dwa razy, wieże zabrał mi stary). Bierzmowanie też przemilczę (zebrałem chyba ze 4 stówy. Zabrał mi stary…). Reszta zdjęć, to mój pobyt w kurorcie nad Firlejem (Brzmi czadersko nie? Kurort w tym wypadku był podzielony na kilkanaście pudełek po majtkach, a my w sześć osób kimaliśmy w jednym z nich. Całą noc wąchałem czyjeś stopy…).

Cóż. Morał z tego taki, że oglądanie zdjęć jest do dupy, bo:
a) Za połową utrwalonych sytuacji tęsknisz,
b) O połowie utrwalonych sytuacji chciałbyś jak najszybciej zapomnieć.
Moja rada: Kupić dmuchaną lalę i wyjść za Jamajczyka.

Pozdrawiam!

Piosenki Top wg. Janka i Sposobu na “J”

3 listopad 2007

Ach, dzisiaj wujek Janek ma dla was dobre serce i nie będzie zanudzał swoich ukochanych czytelników wypocinami własnego autorstwa. Znowu musielibyście się rozpływać w zachwytach nad moją twórczością, blog znowu zawiesi się po odwiedzinach milionów użytkowników, a 1 GB pamięci na komentarze zostanie osiem razy przekroczony.
Jako, że nie chcę tego przeżywać po raz kolejny, to dzisiaj poczęstuję was świeżutkimi filmami z youtube, na których zaśpiewają dla was najwybitniejsi twórcy najwybitniejszych, moim zdaniem, piosenek w swoich repertuarach.
Zapraszam!

Na początek, mój osobisty idol, którego kocham ponad życie – Bryan Adams. Z jego bogatej twórczości niezwykle trudno wybrać piosenkę najdoskonalszą, gdyż ma ich w dorobku parę. Niech no nadmienię np. Everything I Do (I Do it For You), Heaven, Back to You. Postanowiłem jednak w mojej top liście umieścić utwór Summer of ‘69. Dlaczego? No więc z dwóch powodów:
1) Tylko ta piosenka jest w stanie przypomieć mi własne dzieciństwo (Co jest niesamowicie ważne! Bo nic innego nie jest w stanie oddać charakteru piosenki jak fakt, że przypomina ona słuchaczowi dzieciństwo),
2) Piosenka ma niesamowity klimat, jest doskonale spasowana (wokalista, instrumenty) i morda sama chcę ją śpiewać. Mówię wtedy, że piosenka ma “duszę”.

Słówko poza tym? Utwór jest koncertowym killerem, co znaczy, że jest totalnym wymiataczem na każdej scenie. Z reguły wokalista przeciąga takiego killera, powtarza dowolną ilość razy refren (tudzież fragmenty zwrotek) i stopniuje napięcie utworu.


Oryginalny wideoklip.
Koncert z 1992 (Wtedy zaliczyłem pierwszy raz…) z koncertu na Wembley Arena w Londynie.

Kolejna piosenka the Best of the Best należy do zespołu Dire Straits i jego głosu – Marka Knopflera. Taak, stary dobry Dire Straits. Zespół rockowy, który wybił się na wyżyny muzyki a to tylko dlatego, że nie dał ponieść się modzie Punk Rocka. Dire… jest moim prywatnym cudem ;) Tylko oni łamali wszelkie reguły i całkowicie oddali się muzyce. Swobodnie żonglowali stylami, w swoich utworach wykorzystywali maksimum dostępnego sprzętu muzycznego i stali się pionierami w długości piosenek (Telegraph Road trwa aż 14 minut! co w tamtych czasach było nie do pomyślenia).
Dla mniej wytrawnego słuchacza Straitsi kojarzeni byli tylko z jednym utworem, który stał się legendą lat 80 – Brothers in Arms (Towarzyszę broni). Piosenka Została zainspirowana przeżyciami ojca Knopflera który był ochotnikiem w Armii izraelskiej.
Co jest w niej takiego cudownego? Proste pytanie. Odpowiedzi, to:
1. Słowa piosenki, piękne, poetyckie i świdrujące,
2. Głos Knopflera, który śpiewa ją spokojnym, zniżonym tonem,
3. Jego partie gitarowe,
4. Muzyka przypominająca dźwięk nadchodzącej burzy – na początku cicha i spokojna, następnie coraz głośniejsza z potężniejszą wymową.


Oryginalny wideoklip z piękną rysowaną animacją

Koncert instrumentalny w Montserrat
Kolejna pozycja Top, to Tears in Heaven Erica Claptona. To najpiękniejsza i najcudowniejsza piosenka jakiej tylko mogłem doświadczyć. Posiada ogromną siłę i niesamowity tekst a serce człowieka pali się przepełnione uczuciem utworu. Dlaczego mam taki stosunek do tej piosenki? Bo nie powstałbay, gdyby nie tragiczne wydarzenie jakie miało miejsce w życiu Claptona – śmierć jego kochanego synka. 4 – letni Connor w 1991 roku wypadł z okna mieszkania na 53 piętrze. Był to zwykły tragiczny wypadek, ale skutecznie odbił się na psychice Erica, który przez kilka miesięcy wyniszczał się cierpieniem bo stracie syna. Tears in Heaven opowiada o bólu jaki doświadczył i jest słowami skierowanymi do swojego nieżyjącego syna.
Najcudowniejszym wykonaniem owego utworu jest zarejestrowane na koncercie Unplugged z ‘93. Widzieliśmy wtedy małego, drobnego człowieczka w okularach, kiczowatej marynarce, który śpiewem obrazuję swoje uczucie. Smutny głos, którym zaczyna utwór, przeradza się powoli w subtelny ton nadziei a kolejne partie tekstu są przepięknym dowodem miłości do będącego gdzieś tam Connora.


Koncert Unplugged – 1993

Jedziemy dalej. Tym razem Jeden człowiek, jedna gitara i jedna harmonijka, czyli Bruce “Boss” Springsteen i jego Devils and Dust (Diabły i pył). Na początku należałoby podkreślić, że Bruce Springsteen jest patriotą i duchowym patronem amerykanów. Jego poetyckie piosenki opowiadają o miłości, dzikiej wolności, prawach do życia. Nie inaczej jest z albumem Devils & Dust. Cover opowiada o zakłopotanym żołnierzu, który bierze udział w Inwazji na Irak w 2003 roku. Tekst skupia się na nurtujących go pytaniach o rolę, cel i sens całej walki, kiedy staję się światkiem śmierci swojego przyjaciela i towarzysza “na polach krwi i kamieni”. Oczywiście piosenka ma podtekst i sami wiecie jaki, dlatego nie zamierzam tego zgłębiać.
Skupmy się na samej piosence.
Heh, nie ma sensu rozpisywać się temat głębokich refleksji płynących z całej ścieżki. Piosenka jest prosta, toporna i… cholernie tajemnicza, pełna subtelnego podkładu i brudnego głosu Bruce’a. Kto jak kto, ale Springsteen od czasów Nebraski, wie, że jego postać może dyktować warunki w kwestii własnych utworów. Może pozwolić sobie na każdy eksperyment, ma prawo do woli mieszać style, ale on zdecydował się na niezwykły duet – gitara i harmonijka.
Całość brzmi świetnie, świeżo i oryginalnie. Devils & Dust to najpiękniejszy mix tych dwóch instrumentów. Powoli wprowadzają nas w utwór a ważniejsze linijki tekstu, a co za tym idzie, ich wzniosłość i przekaz, podkreślane są odgłosami kontrabasu, pałeczek, dzwonków, bębna.
Ta nieodkryta całość tworzy nieopisany klimat i piosenka okazuję się być optymistycznym przesłaniem, trafiając w osobiste odczucia i płynące z nich wnioski.


Oryginalny wideoklip w pustym Paramount Theater w Asbury (New Jersey)


Na rozdaniu nagród Grammy w 2006.

W następnej części przedstawię resztę piosenek Top wg. Janka i Sposobu na “J”. Dzisiaj zapoznajcie się z powyższymi propozycjami i spalcie płyty Gosi Andrzejewicz, Cerekwickiej i innych mordochlapów (nie bierzcie tego do siebie drogie panie, proszę), bo w drugiej części robimy miejsce na Polskie akcenty!
Jeśli macie jakieś własne propozycję, podzielcie się tym w komentarzach!

1 listopada – święto czego?

1 listopad 2007

1 listopada – święto zmarłych.

- Janek!
- Co?
- Wstawaj, jedziemy na msze!
- Jaką mszę, na litość… Przecież dzisiaj święto zmarłych!
- No właśnie. Jedziemy na mszę z tej okazji!
- Z jakiej okazji? Przecież to Święto zmarłych! Nie żywych!
- Wstawaj i nie marudź!
Kurwa…
- Tylko ubierz się ciepło!
- No jak ciepło, koszulka i bluza. Wystarczy.
- Załóż jeszcze jedną bluzę, tą grubą…
- Po co? Przecież będę miał na sobie kurtkę, a poza tym w kościele…
- Ta msza jest na cmentarzu!
kurwa…

No właśnie. Kolejne święto w roku, którego szczerze nienawidzę. Już pal go licho te wszystkie msze, odwiedzanie grobów, modlitwa, rodzinne obiady i te bajery. To wszystko, samo w sobie, jest nadzwyczajnie pięknym zwyczajem. Denerwuje mnie jednak fakt, że powyższe święto zmieniło się diametralnie przez te kilka lat.

Stoję na durnym cmentarzu. Marznę jak cholera i nasłuchuję z nudów, co dzieję się dookoła mnie.
- Zobacz Janek, wujek nie żyję już 17 lat! To tyle ile ty masz…
- Wiem, że mam 17 lat i wiem, że wujek właśnie tyle nie żyję. Czy to jakaś aluzja do mojej osoby?
- Nie, ja tylko tak…
Super.
- Łooo! No to Pioter już ma numer buta 46! Ty wiesz jak mu ciężko kupić nowe adidasy?
- Wiem, mój Marcin ma numer buta 76 i też miałam problemy…
Czyż to nie piękne? Rodzina zbiera się nad grobem własnego ojca i konkuruję ze sobą w długości śmierdzącej stopy własnego syna.
- Idę się wyspowiadać! – rzuciłem od niechcenia, bo przecież nie powiem: “Idę zobaczyć, czy fajne dupy przyszły na groby!”. Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Ruszyłem alejką cmentarną w stronę polowego konfesjonału. Po drodze musiałem przepychać się przez ludzi, którzy akurat teraz postanowili stanąć na samym środku przejścia oddając się głębokiej zadumie na temat dzisiejszej telewizyjnej ramówki.
- Przepraszam, przepraszam…
Kiedy w końcu przed moimi oczami zakreślił się kawałek pionowej deski z dziurkami, za którą zabunkrował się ksiądz, ukląkłem ostrożnie, przeżegnałem się i rozpocząłem swoją nawijkę.
- Niech będzie pochwalony. U spowiedzi świętej byłem ze 6 lat temu. Nie pamiętam, czy odmówiłem pokutę, ale pal go licho. Otóż przez te sześć lat przeklinałem, masturbowałem się. Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję. Proszę doładowanie na następnych 6 lat.
Zza deski dobiegło do mnie niejasne mamrotanie o życiu, śmierci, nadziei, wierze i miłości, o tym jak mocno kocha mnie Bóg i, że Jego miłosierdzie nie zna granic.
Hmm, przysiągłbym, że tych sześć lat temu słyszałem to samo.
Cóż.
Ja swoją regułkę, on swoją regułkę.
Jeb, Jeb – o konfesjonał.
No właśnie, teraz najgorsze – pocałować stułę.
Niby nic wielkiego, ale jednak są powody, aby tego nie robić.
Po pierwsze:
Ksiądz, jak nikt nie widzi, wyciera w nią nos.
Po drugie: Jak kaszlę, zasłania sobie nią usta.
Po Trzecie: Przed Tobą, całowała ją babka z gruźlicą, zasyfiony chłopak z twojej klasy, facet, który w ustach ma gronkowiec złocisty zamiast zębów oraz dziewczyna kochająca sos czosnkowy. Po całym tym zwierzyńcu nadchodzi twoja kolej, aby ucałować ten święty szalik a jak na złość, wszyscy znajomi, największe plotkary i frajerzy spoglądają kantem oka. Musisz złożyć pocałunek, bo następnego dnia usłyszysz, że syn\córka “tej a tamtej” jest satanistą, antychrystem, scjentologiem, aseksualistą!
kurwa!

Zrobiłem to…

Splunąłem ukradkiem i ruszyłem z powrotem.
Tym razem musiałem mijać dziadków, którzy odkryli w sobie talenty wokalne i śpiewali na cały ryj Bogurodzicę.
- Przepraszam, przepraszam…

Usadowiwszy się na swoim starym miejscu zacząłem nasłuchiwać kazania.
- … Internet sprawia, że młodzież ukazuję swoją małość, nie wielkość! Małość!
Może nie mam racji, ale 1 listopada powinno się odpierdzielić jakąś mowę pokrzepiającą, upominającą, puentalną.
Skąd temu księdzu wziął się internet? Może jest zazdrosny, że w latach młodości musiał “trzepać” oglądając gościa niedzielnego i każdą zakonnicę usilnie rozbierał oczami wyobraźni?
Cóż…

- … Przekażcie sobie znak pokoju!
Oczywiście pokręciłem głową we wszystkie strony mówiąc: Pokój wam wszystkim, ale jakaś babka, w swojej wierze, wyciągnęła do mnie rękę.
- Pokój nam wszystkim! – mówi do mnie.
- Pokój… – odpowiadam i ściskam jej dłoń.
W tamtej chwili musiałem mieć niezłe jaja skoro się nie rozpłakałem. Ta XV – wieczna babuszka tak skleszczyła moją łapę, że odbiła mi się pizza ze śniadania. Pytam się – skąd te babki mają tyle siły? Od lepienia pierogów?

Potem kościelny zbierał na tacę. Nie chcę opisywać jego skrzywdzonej miny, kiedy rzuciłem mu 50 groszy…

- Jeszcze tylko komunia i do domu… – pomyślałem sobie i czym prędzej ruszyłem w stronę kolejki.
Niestety…
Nieważne jak szybko bym nie biegł, tak wszyscy możliwi emeryci wyprzedzą mnie z taką szybkością, że w powietrzu unosi się swąd palonych trampek. Aż dziw bierze, że ich ciała na co dzień trawi prostata, osteoporoza, rak krtani, niedotlenienie, miażdżyca, stawy itp.
No nic.
Więc idę do przodu popychany przez opalonego harleyowca a blokowany przez przekwitłą gruchę. W takich chwilach powinienem skupić się nad tym, co zrobił Jezus poświęcając za nas życie, ale tytoniowy podmuch z tyłu i smród łupieżu z przodu skutecznie mnie od tego odciągały.
- Ciało Chrystysa.
No wreszcie!
- Amen!
I zgadnijcie co – Ten miś Trąbalski nie dał mi opłatka, nie! Śmiał zwrócić mi uwagę, że moje ręce nie są skrzyżowane na klacie tak jak miał je skrzyżowane Jezus, gdy Jan Chrzciciel polewał go wodą oczyszczając z grzechu pierworodnego.
Myślałem, że chuj mnie trafi! Czy to takie ważne w jakiej pozie stoję? A jeśli wyskoczyłbym przed nim w jakiejś wymyślnej pozycji z Kamasutry, to zmieniłoby to w jakiś sposób odbioru mojej wiary?! Co jest z wami ludzie?

1 listopad – Święto Zmarłych! Nie święto Savoir – Vivre! Nie święto konkurencji! Nie święto reguł! 1 listopad – Święto Zmarłych! Zapamiętajcie!

Wróciłem do domu rozgoryczony. Położyłem się na łóżku i postanowiłem napisać tego posta. Wybaczcie, jeśli okazał się on za ostry, ale inaczej nie potrafiłem opisać rozmiaru klęski na jaki został skazany 1 listopada. Przemyślcie sobie to, co tu napisałem.

Pokój dla wszystkich zbawionych i potępionych