Czasem zastanawiam się, co by było, gdyby moi ukochani muzycy zniknęli nagle z Ziemi.
Foo Fighterzy pieprznęliby przez kokę, Marka Knopflera zamknęliby w domu spokojnej starości i tam umarłby na przedawkowanie muzyki country, Sting dostałby wylewu po ósmej godzinie tantrycznego seksu, Phill Collins dowiedziałby się w końcu czy “Jezus go zna” a Bryan Adams gibnął by na AIDS, którym zaraził się dlatego, że najprawdopodobniej był gejem. Nie chcę myśleć co stałoby się z Brucem Springsteenem. Ten najprawdopodobniej skończy w pierdlu jako poeta pedofil…
I co wtedy począć? Ja, chłopak, który nie może żyć bez powyższych mistrzów gitary eletryczno – akustyczno – basowo – klasycznej?
No, na początek zamknę się w pokoju, spiję krew z kury a potem ją spalę, aby pośród dymu i zapachu McChickena poradzić się mojego Mentora, Rysia Riedla, co począć.
- Rysiu, ratuj! Knopfler nie żyję, Foo Fighterzy zeszli, Bruce Springsteen dobiera się do tyłka Adamsa gdzieś w niebie, Phill umacnia duszę a Sting gwałci baranki Boże! Na litość, nie mam kogo wielbić! – mówię do niego.
Usłyszałem tylko cichą odpowiedź.
- Włącz MTV debilu…
MTV! No jasne!
Ugasiłem szczątki palącej się kury, wytarłem twarz z krwi i czym prędzej pobiegłem do drugiego pokoju, do rodzinnej relikwii. Szybciutko włączyłem emerytowanego Trinitrona, podkradłem sygnał telewizji cyfrowej sąsiadowi i już mogłem cieszyć się największą stacją muzyczną na świecie.
Wikipedia mówi, że MTV powstało w 1981 w USA i miało licencję na 180 teledysków docierających do 2 milarda widzów. Obecnie licencja obejmuję 1000 teledysków a granice stacji sięgają nawet do “MTV Rasza“, gdzie w kółko lecą jebnięte “Kanikuły“.
Bądź co bądź, to główna zasługa MTV, która wypromowała takie gwiazdy jak Dire Straits, Sting, Queen, Madonna, Bryan Adams itd.
“Co mi szkodzi?” – usłyszałem tajemniczy głos w głowie, który pierwszy raz odezwał się w pierwszej klasie szkoły podstawowej, kiedy mówił mi “Fajne ma majtki, nie?“, ale to już temat na oddzielną historię…
No więc siedziwszy przed tym telewizorem robiłem sobie nadzieję, że oto przed moimi oczami ukażę się wykonawca co najmniej wybitny! Oczekiwałem piosenek, które swoimi ostrymi riffami doprowadzą mnie do palpitacji serca a ich słodki przekaz sprawi, że zwymiotuję raz po raz…
Niestety…
Kurwa…
Ale zacznijmy od początku. Nie myślcie, że nigdy nie zetknąłem się z MTV. Jako nałogowy odbiorca katuję się wszystkimi durnymi wymysłami, które posiadają w swojej ramówce minimum 8 godzin zdrowej muzyki, jednak z MTV jest dla mnie coś nie tak…
Tylko nie wiem czy wina leży akurat po stronie MTV. Mianowicie dylemat mam natury takiej:
Gdzie do cholery są gwiazdy, które tak mnie cieszyły 8 lat temu?
Spójrzmy no tylko…
Pan Timbaland – jak się na niego patrzę, to pojęcie “rasizmu” nabiera, w moim odczuciu, całkiem nowego znaczenia! Jego popularność opiera się mniej więcej tak: Podkrada sample i utwory mało popularnym, aczkolwiek wybitnym twórcom, którzy pojęcie w show biznesie mają takie, jak ja o podpaskach i neurochirurgii. Następnie wstawia tam swoje dźwięki, które podkradł mu jego kolega, organiście z Phoenix, składają to w kupe, a potem słucham jak śpiewa w tercecie z Justinem i Nelly – “Jestem prawdziwym producentem a ty tylko chłopcem grającym na pianinie..”
Jasne panienko Timbaland…
Dobrze, że masz ksywę, bo “Timothy Mosley“, to nazwisko dobre dla faceta podglądającego wiewiórki jak robią siusiu w parku.
Kolejnym wybitnym przykładem superstar, jest 50Cent. Taaa, kolejny czarnuch, który popularność zrobił, dlatego, że wziął na klatę 9 kul! Wyobrażacie to sobie? Wziął na siebie dziewięć kul, z czego tak naprawdę trzy (3!) utkwiło w jego ciele, a tylko jedna zagrażała życiu (dostał w prawą dłoń i ramię). Ta właśnie jedna jedyna kula, o którą całe zamieszanie, została wystrzelona w żuchwę 50 Centa i na stałe zmieniła mu głos.I teraz dowcip sytuacyjny:
“Kurwa! Dlaczego nie mogę mieć głosu jak 50 Cent!” – pomyślał zazdrosny Kurt Cobain.
Powracamy do artykułu:
Do czego zmierzam:
Powinno się wypuścić morderców z Białołęki. Dzięki nim wykreujemy nowych raperów, którzy staną się twarzą markową Reeboka!
A co do talentu 50 Centa: No cóż, In Da Club w jego wykonaniu jest piosenką interesującą, ale już wymysł z Justinem Timbermorzem i podglądaczem wiewiórek jest przegięciem i dlatego sądzę, że z 50 Centa taki czarnuch jak koziej dupy trąba!
Tylko Snoop Dogg może śpiewać z np. takim Akonem (to nie jest murzyn. Murzyn nie ma głosu jak zakonnica, która straciła dziewictwo!) i z latynosami, bo Snoop ma fajną ksywę i śpiewał z Dr. Dre, a Dr. Dre jest pionierem jeśli chodzi o rymy z ghetta, o!
50 Cent też śpiewał, ale z Eminemem, a Eminem śmieję się z Jacksona, który był członkiem Jackson 5, a Jackson 5 uwielbia 50 Cent. Morał z tego taki, że za cholerę nie można porozmawiać o raperach jeśli nie wyuczy się tych ich popieprzonych ksyw!
c.d.n
