Archiwum z październik, 2007

29 kroków dla informatyków

30 październik 2007

Poradnik dla informatyków, którzy próbują “zaliczyć”:

A oto sielskie przykłady hardkorowych informatyków
  1. Nie kryj się z tym, że jesteś informatykiem. Każdy i tak to widzi, bo chodzisz w białym t – shircie, koszuli i niemodnych spodniach, a na nosie masz okulary.
  2. Nawet jeśli powyższy punkt nie pasuję do twojego opisu, to zdradzają Cię plamy po ketchupie na bluzie i spocone ręce.
  3. Jeśli upatrzyłeś sobie dziewczynę, to na 78% będzie nią pasztet, z którym nikt nie chcę rozmawiać. Jeśli ona faktycznie jest ładna i chętnie z Tobą rozmawia, to należy do 22% dziewczyn, którym robi się żal chłopaka nie potrafiącego obsłużyć automatu z Colą.
  4. Jeśli rozpoczniesz podrywanie dziewczyny, to bądź pewien, że nie interesuję jej fakt, że potrafisz włamać się do Pentagonu przez BIOSa albo to, że jesteś w stanie napisać program wyliczający kalorie po spożyciu danego rodzaju pomidora, nie. Dziewczyna zwraca uwagę na dobrze podpakowane ciało i długość penisa.
  5. Jako, że twoje ciało jest wątłe, a 12 centymetrowa męskość nie daję Ci specjalnych szans, to musisz polegać na własnym uroku osobisty.
  6. Urokiem osobistym nazywamy umiejętność skutecznego zwrócenia uwagi ludzi na własną osobę. Oczywiście w sensie pozytywnym.
  7. Pisząc o “sensie pozytywnym” nie miałem na myśli twojej urody.
  8. Aby zwrócić na siebie uwagę dziewczyny urokiem osobistym, należy taką dziewczynę uraczyć kwiatkiem oraz obsypać komplementami na temat jej urody (Pamiętaj, że “Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu” nie ma mocy w takich sytuacjach. Możesz kłamać).
  9. Jeśli dziewczyna toleruję CIEBIE, to wiedz, że osiągnąłeś szczyt. Nie próbuj przypodbywać się jej chodząc na siłownie. Nadmierny ciężar sprawi, że wszystkie twoje pryszcze eksplodują pozostawiając na twarzy mało estetyczne rany.
  10. Jeśli zaprosisz ją do kina, to za żadne skarby nie idź z nią na filmy typu “Wzgórza mają oczy” tudzież “Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną”. Wcale Cię nie pokocha z tego powodu. Idąc z dziewczyną do kina sugeruj się aktorem o nazwisku Hugh Grant w obsadzie. Lepiej dmuchać na zimne…
  11. Jeśli zaprosisz dziewczynę do domu, to zadbaj o to, aby nie trafiła na twojego brata, który masturbuję się przy zdjęciu Ewy Sonnet. To może trochę zepsuć smak.
  12. Pamiętaj! Dziewczyny nie jedzą konserw!
  13. … Jeśli już, to na pewno nie Tyrolskiej!
  14. … I na pewno nie z biedronki!
  15. Uważaj! Twoja dziewczyna może być ciekawska i w momencie, kiedy pójdziesz do toalety poprawić penisa, ona może znaleźć twoje “świerczyki”, nagie zdjęcia twojej sąsiadki tudzież poradniki w stylu “Jak powiększyć penisa”.
  16. Gorzej jeśli wrócisz, a ona uprawia seks z twoim bratem.
  17. … Ok, zakładamy, że nie masz brata.
  18. Jeśli wszystko do tego punktu przebiegnie właściwie, to znaczy, że pojąłeś cokolwiek, co tutaj napisałem. Teraz najtrudniejsze:
  19. Pamiętaj, że w twoim wypadku seks na pierwszej randce może okazać się niewypałem. Najlepiej podszkol się jeszcze podglądając, jak robią to twoi starzy.
  20. Jeśli sądzisz, że filmy porno są wystarczającym szkoleniem, to zabierz się za dziewczynę, ale pamiętaj, że: a) Ona Cię wyśmieję, b) Jeszcze gorzej – wyśmieję was twój ojciec.
  21. … Upewnij się, że nie ma twoich rodziców.
  22. Postaraj się, abyś to T Y poprowadził grę wstępną.
  23. To nic trudnego: a) Upij ją tanim winem, b) Opowiedz parę dowcipów, c) Jeśli się zaśmieje, to znaczy, że jest dostatecznie pijana, d) Rozepnij rozporek i każ jej się “pobawić tym gigantem”.
  24. Jeśli wybuchnie gromkim śmiechem, to znaczy, że jeszcze nie jest pijana…
  25. Uderz ją.
  26. Teraz powtórz punkt 23.
  27. Jeśli mówi coś w stylu “A tju tu tu giganciku! Hopsi Hopsi ho! A titititi giganciku!” – to znaczy , że opacznie zrozumiała twój rozkaz.
  28. … Wtedy “zrób to sam” ręką.
  29. GRATULUJĘ! Właśnie straciłeś dziewictwo z kobietą.

Co jest MTV? Część 1: Murzyny.

27 październik 2007

Czasem zastanawiam się, co by było, gdyby moi ukochani muzycy zniknęli nagle z Ziemi.
Foo Fighterzy pieprznęliby przez kokę, Marka Knopflera zamknęliby w domu spokojnej starości i tam umarłby na przedawkowanie muzyki country, Sting dostałby wylewu po ósmej godzinie tantrycznego seksu, Phill Collins dowiedziałby się w końcu czy “Jezus go zna” a Bryan Adams gibnął by na AIDS, którym zaraził się dlatego, że najprawdopodobniej był gejem. Nie chcę myśleć co stałoby się z Brucem Springsteenem. Ten najprawdopodobniej skończy w pierdlu jako poeta pedofil…

I co wtedy począć? Ja, chłopak, który nie może żyć bez powyższych mistrzów gitary eletryczno – akustyczno – basowo – klasycznej?

No, na początek zamknę się w pokoju, spiję krew z kury a potem ją spalę, aby pośród dymu i zapachu McChickena poradzić się mojego Mentora, Rysia Riedla, co począć.

- Rysiu, ratuj! Knopfler nie żyję, Foo Fighterzy zeszli, Bruce Springsteen dobiera się do tyłka Adamsa gdzieś w niebie, Phill umacnia duszę a Sting gwałci baranki Boże! Na litość, nie mam kogo wielbić! – mówię do niego.
Usłyszałem tylko cichą odpowiedź.
- Włącz MTV debilu…

MTV! No jasne!
Ugasiłem szczątki palącej się kury, wytarłem twarz z krwi i czym prędzej pobiegłem do drugiego pokoju, do rodzinnej relikwii. Szybciutko włączyłem emerytowanego Trinitrona, podkradłem sygnał telewizji cyfrowej sąsiadowi i już mogłem cieszyć się największą stacją muzyczną na świecie.
Wikipedia mówi, że MTV powstało w 1981 w USA i miało licencję na 180 teledysków docierających do 2 milarda widzów. Obecnie licencja obejmuję 1000 teledysków a granice stacji sięgają nawet do “MTV Rasza“, gdzie w kółko lecą jebnięte “Kanikuły“.
Bądź co bądź, to główna zasługa MTV, która wypromowała takie gwiazdy jak Dire Straits, Sting, Queen, Madonna, Bryan Adams itd.
Co mi szkodzi?” – usłyszałem tajemniczy głos w głowie, który pierwszy raz odezwał się w pierwszej klasie szkoły podstawowej, kiedy mówił mi “Fajne ma majtki, nie?“, ale to już temat na oddzielną historię…
No więc siedziwszy przed tym telewizorem robiłem sobie nadzieję, że oto przed moimi oczami ukażę się wykonawca co najmniej wybitny! Oczekiwałem piosenek, które swoimi ostrymi riffami doprowadzą mnie do palpitacji serca a ich słodki przekaz sprawi, że zwymiotuję raz po raz…
Niestety…

Kurwa…

Ale zacznijmy od początku. Nie myślcie, że nigdy nie zetknąłem się z MTV. Jako nałogowy odbiorca katuję się wszystkimi durnymi wymysłami, które posiadają w swojej ramówce minimum 8 godzin zdrowej muzyki, jednak z MTV jest dla mnie coś nie tak…
Tylko nie wiem czy wina leży akurat po stronie MTV. Mianowicie dylemat mam natury takiej:

Gdzie do cholery są gwiazdy, które tak mnie cieszyły 8 lat temu?

Spójrzmy no tylko…
Pan Timbaland – jak się na niego patrzę, to pojęcie “rasizmu” nabiera, w moim odczuciu, całkiem nowego znaczenia! Jego popularność opiera się mniej więcej tak: Podkrada sample i utwory mało popularnym, aczkolwiek wybitnym twórcom, którzy pojęcie w show biznesie mają takie, jak ja o podpaskach i neurochirurgii. Następnie wstawia tam swoje dźwięki, które podkradł mu jego kolega, organiście z Phoenix, składają to w kupe, a potem słucham jak śpiewa w tercecie z Justinem i Nelly – “Jestem prawdziwym producentem a ty tylko chłopcem grającym na pianinie..”

Tak nie lubię Timbalanda, że umieszczę go w sąsiedztwie Mroczka, ale sęk w tym, że nie wiem którgo…

Jasne panienko Timbaland…
Dobrze, że masz ksywę, bo “Timothy Mosley“, to nazwisko dobre dla faceta podglądającego wiewiórki jak robią siusiu w parku.

Kolejnym wybitnym przykładem superstar, jest 50Cent. Taaa, kolejny czarnuch, który popularność zrobił, dlatego, że wziął na klatę 9 kul! Wyobrażacie to sobie? Wziął na siebie dziewięć kul, z czego tak naprawdę trzy (3!) utkwiło w jego ciele, a tylko jedna zagrażała życiu (dostał w prawą dłoń i ramię). Ta właśnie jedna jedyna kula, o którą całe zamieszanie, została wystrzelona w żuchwę 50 Centa i na stałe zmieniła mu głos.

I teraz dowcip sytuacyjny:

Kurwa! Dlaczego nie mogę mieć głosu jak 50 Cent!” – pomyślał zazdrosny Kurt Cobain.

Powracamy do artykułu:

50 Cent zyskał przydomek Bulletproof (kuloodporny), bo nie zdołał go zabić wystrzał w prawą rękę ( - Fuck! Trafiłem go w łapę a on ciągle żyje!), ramię (Boże! On nie jest człowiekiem!) ani w japę (O Jezu! Przepraszam, to było niechcący…). Taa, historia zna przypadek chłopaka, któremu właściciel sklepu odstrzelił Magnumem pół głowy. Facet żyję i używa wyłącznie lewej półkuli a w okół niego nikt takiej afery nie robił…

Do czego zmierzam:
Powinno się wypuścić morderców z Białołęki. Dzięki nim wykreujemy nowych raperów, którzy staną się twarzą markową Reeboka!
A co do talentu 50 Centa: No cóż, In Da Club w jego wykonaniu jest piosenką interesującą, ale już wymysł z Justinem Timbermorzem i podglądaczem wiewiórek jest przegięciem i dlatego sądzę, że z 50 Centa taki czarnuch jak koziej dupy trąba!
Tylko Snoop Dogg może śpiewać z np. takim Akonem (to nie jest murzyn. Murzyn nie ma głosu jak zakonnica, która straciła dziewictwo!) i z latynosami, bo Snoop ma fajną ksywę i śpiewał z Dr. Dre, a Dr. Dre jest pionierem jeśli chodzi o rymy z ghetta, o!
50 Cent też śpiewał, ale z Eminemem, a Eminem śmieję się z Jacksona, który był członkiem Jackson 5, a Jackson 5 uwielbia 50 Cent. Morał z tego taki, że za cholerę nie można porozmawiać o raperach jeśli nie wyuczy się tych ich popieprzonych ksyw!

c.d.n

Nałuka dobra żecz!

23 październik 2007

- Dwója, siadaj, nic umiesz!
- Jedynka z plusem i nic więcej nie mogę zrobić…

- Przykro mi, jedynka.

I za każdym razem to samo.
Uwzięli się na mnie, czy co?
Kończyło się na tym, że po usłyszeniu powyższej informacji ruszałem w stronę swojej ławki jak wygnaniec na Sybir.
-Kurwa…
-Słucham?
-Nie, nic…

Garstka czytelników, którzy przeglądają mojego bloga z miejsca stwierdzą, że mają do czynienia z debilem. Cóż, muszę się z wami zgodzić, bo przez 11 lat swojej nauki nauczyłem się pisać, czytać, dodawać, poznałem parę pojęć dotyczących seksu, znaczenia środkowego palca, parę zwrotów po łacinie i 10 przykazań Bożych. Nic więcej!

I powiedzcie mi teraz, co ja mam odpowiedzieć facetowi, który pyta się mnie:
-Co to są izolinie?
Żadna z powyższych opcji, które przestudiowałem nijak nie pasowały jako odpowiedź do pytania, dlatego poddawałem się mówiąc:
-Mógłby Pan powtórzyć pytanie?
I mówiłem tak do usranej śmierci w nadziei, że jakiś łomot z mojej klasy zetknął się z czymś więcej jak tylko z pojęciem seksu oralnego.

Ażeby stawić jakikolwiek opór obecnemu stanowi rzeczy wymyśliłem uczniowską strategię hit&run, która nazywa się zwiewaj&zgłaszaj nieprzygotowanie. Metoda działa, sprawdzałem, a polega ona na regularnym unikaniu godzin lekcyjnych, na których nie czujemy się pewnie. Jeśli nauczyciel danego przedmiotu zauważy, że ktoś go robi w prącie – wtedy idziemy na lekcję i zabezpieczamy się przysługującym nam nieprzygotowaniem do zajęć.
Używam tej opcji do ułatwianiu sobie lekcji niemieckiego, matematyki, geografii, polskiego a ostatnio również religii (ksiądz uległ namowom szatana i odprawia nam kazania odnośnie, ostatnio bardzo modnego tematu, ochrony środowiska) oraz WFu (odkąd nauczyciel rozkazał nam robić przysiady – wymiękłem…).
Niestety, jest pewien minus całej tej akcji – nie możemy przekroczyć 250 godzin nieobecnych w semestrze (przynajmniej u mnie) gdyż grozi nam wtedy kurator, sąd rejonowy, grodzki, 24 – godzinny, kastracja, eutanazja i Gosia Andrzejewicz a wszystko w celu oddalenia nas od służby edukacyjnej.

Nie pozostaje wtedy nic innego jak przymusowa nauka, która może okazać się nawet przyjemna. Przecież w niektórych przedmiotach czujemy się jak sputnik w kosmosie, czyż nie?

-Trója plus…
-Co!?

-Trója plus, brakowało ci jednej dwunastej punktu do czwórki…

-Że co?!

-Przykro mi, nie douczyłeś się. Siadaj…

-Kurwa…

-Słucham?

-Nie, nic…

No właśnie. Pamiętaj drogi współrównieśniku, który to czytasz – jeśli myślisz, że wyuczyłeś się na sprawdzian, to lepiej od razu przyjdź pijany na lekcje…
To może języki obce, tak potrzebne w przyszłości? Hmm…
U mnie to wygląda tak:

-Hast du Geschwister?
(W tym momencie zastanawiam się nad całym wachlarzem słów jakie znam po niemiecku)
-Eee… Hitler?
-Wo wohnst du?

-Hitler!… ?

-Und wie geht es dir?

-Hitler!

Tak samo jest z angielskim. Chociaż umiem zrozumieć co się do mnie mówi, to odpowiedzieć temu komuś już nie umiem.

-How old are you?
-Hitler!

Ale na martwcie się. Znalazłem również i na to sposób.
Przyjrzyjmy się opcji słów dzięki, którym zdołamy dogadać się z ludźmi np. w Gotham;

Potrzebne są nam do tego trzy odmiany słowa Fuck, czyli:
1. Fuck you!
2. Fuck off!
3. Fuck!

oraz trzy słowa pomocnicze:
1. Sex
2. Money
i na wszelki wypadek:
3. Please, don’t shoot!

Słowa te z powodzeniem wystarczą nam do rozmowy w stopniu komunikatywnym wiec jaki jest sens nauki wszystkich czasów w języku angielski? Teraz, gdy jakiś murzyn zapyta nas: “Co robiłeś wczoraj wieczorem?”, to nie musimy już wygłaszać całej homilii z wykorzystaniem pięciu czasów. Wystarczy powiedzieć: “Fuck you!” i problem rozwiązany ;-)

Jak widzicie szkoła nie jest złym wyborem pod warunkiem, że umiemy go do siebie przystosować.
Życzę więc powodzenia w nauce!

Rytuał Zapoznania

21 październik 2007

Ijaaa… Wyrosło ze mnie 17 – letnie gówno i przez tyle lat chlubiłem się, że nie mam baby. Owszem, podobało mi się multum dziewczyn w moim krótkim życiu i spędziłem z nimi tysiące upojnych nocy pod pierzynką, a one do tej pory o tym nie wiedzą :) Zawsze po cichutku marzyłem, że jedna z nich przyjdzie kiedyś do mojego domu, zedrze ze mnie koszulkę i patrząc na moje obwisłe cycki stwierdzi:

- Janek! Ja żyć bez Ciebie nie mogę!

Oczywiście wtedy, kiedy miałem 13 lat, kazałbym takiej spierdalać, bo wolałbym grać na komputerze albo bawić się klockami LEGO, ale teraz, kiedy mój zegar biologiczny oznajmia mi, że na mój kark dmucha zimny powiew zbliżającej się starości a ja wciąż jestem prawicowy, postanawiam coś z tym zrobić!

I już pojawia się pierwsze: Kurwa!
Wszystkie znane mi gatunki zwierząt heteroseksualnych tworzą pary, kiedy samiec sam pofatyguję się do samicy. W tym celu konkurują ze sobą na polu walki, na długość poroża, na wydzielany smród lub na barwę wydawanych przez siebie dźwięków. Bóg pomyślał: “Skoro wszystkie znane mi gatunki zwierząt heteroseksualnych tworzą pary, kiedy samiec pofatyguję się do samicy, to tak samo będzie u ludzi!”… Świetnie, dzięki Ci Boże. Nie mogę po prostu wyjść z podziwu nad twoją wspaniałomyślnością!
Jeśli to miało być jakieś ułatwienie, dla gatunku ludzkiego, to raczej nie wydaję się ono bystrym rozwiązaniem.
Bądź co bądź – my, ludzie, nadrabiamy inteligencją, aby odróżnić się od zwierząt, dlaczego więc tworzenie u nas związków nie mogło wyglądać inaczej? Dlaczego to samice nie mogą konkurować o mężczyzn? Nie wystarczy Ci Boże, że my musimy wypełniać PiTa? Nie mogłeś nam to jakoś wynagrodzić?

Godząc się jednak z ciążącym na mnie fatum postanowiłem podążyć tym tropem i zacząłem sobie szukać godnej mnie samicy.
W tym celu udałem się do szkoły i stając na środku korytarza wykrzyknąłem:
Szukam dziewczyny!

… Efekt był zgoła inny niż się spodziewałem.
Na moje stwierdzenie ludzie odpowiadali niemiłym śmiechem, niektórzy wytknęli mnie palcami a jeszcze inni próbowali, używając swoich dwóch zwojów umysłowym, stwierdzić, czy jestem normalny.
Kurwa!
A jak krzyczałem, że robię zrzutę na żelki, to wszyscy się zlecieli obdarowywując mnie paroma groszakami. Czy to nie piękne, jakich to ja mam cudownych rówieśników?

Po głębszej analizie dokonanej przeze mnie próby postanowiłem, że znajdę sobie dziewczynę po cywilnemu, czyli wtapiając się w otocznie. Błądząc po korytarzu zdałem sobie sprawę jak ryzykowny ruch wykonałem drąc swoją japę parę minut wcześniej.
Cóż, przynajmniej pojąłem intencje Boga…

W całej szkole, społeczność dziewczyn dzieliła się na:
40% – blachary
57% – pasztety
3% – te jedne jedyne…

Gdyby te 57% procent starało się o nawiązanie ze mną związku, musiałbym popełnić samobójstwo po trzeciej takiej dziewczynie, tudzież zabezpieczyć swoje intencje i zostać gejem!

Po chwili zacząłem dziękować stwórcy za panujący w przyrodzie system tworzenia więzi międzyludzkich.
Jako, że pasztety nie są moją mocną stroną postanowiłem zwrócić swój urok na stronę drugą, czyli blachary. Niestety, moje szanse były raczej zerowe ponieważ większość z nich miała już chłopaków o 19 lat starszych ode mnie, posiadających prawko i własnego Opla Calibrę tudzież Golfa na stanie. Jako, że ja nie miałem jeszcze problemów z prostatą i silnikiem samochodów, postanowiłem zaryzykować i zacząć szukać w tych 3%.
Wypadałoby scharakteryzować dziewczyny 3%.
To kobiety, które stawiają na prostotę i własny urok. Ta kombinacja udaję im się, bo nie ma nić piękniejszego niż dziewczyna bez tony make up’u na twarzy (zawdzięczają swoją piękną cerę tym, że nie palą Nevad), chodząca w jeansach i t-shircie. Cieszą się typowymi przyjemnościami jak wieczorne spacery, seans przed komputerem i tego typu sprawy. Cenią sobie poprawną wymowę i nie :) )PiShOu Pi$mEm PoKeMoNOOf((:.
Wiele z takich dziewczyn ma własne zainteresowania, potrafią obejrzeć film inny od American Pie a ich wersja muzyki odbiega znacząco od Techno i HipHopu.
Co najważniejsze – taka dziewczyna wcale nie szuka w facetach szerokich ramion i dobrze zbudowanych kaloryferów, nie. Taka dziewczyna nie czuję się gorsza chodząc z chłopakami w ich wieku, albo nawet młodszym.
Niestety, ceną posiadania takiej kobiety jest niewiarygodny trud w jej zdobyciu! 3% nie poderwiesz na samochód, osiągnięcia sportowe, czy głowę, która pozwala wytrzymać trzy czteropaki piwa. Taka dziewczyna potrzebuję czułości, lojalności, oddania i tego typu pierdół. Nawet idzie znieść takie wymagania. Niech stracę, mogę być nawet czuły dla NORMALNEJ dziewczyny!

Na znalezienie odpowiedniej kandydatki potrzebowałem sporo czasu – około roku. Przysiągłbym, że przez ten czas nie widziałem jej nigdy w szkole, ale to może dlatego, że wolałem oglądać zgrabne tyłki niektórych nauczycielek. Jednak mój wzrok oderwał się od widoku dojrzałych pośladków, kiedy obok mnie przemknęła ona… Obraz zwolnił przed moimi oczami tak jak w tych wszystkich durnych filmach.

Wydawał mi się, że płynie w powietrzu a nie idzie (ludzie w naszej szkole szusują po podłodze odkąd ich mózg zauważył, że podeszwy halówek bez problemu ślizgają się po płytkach), tańczyła i była jedynym jednością promykiem szczęścia i cudu między tymi wszystkimi podłościami. Jej twarz niczym lelia – złocista i jedwabna a zapach jej brązowych włosów był niczym woń kwitnących kwiatów…
I jeszcze ta jej dennie kiczowata zielona* spódnica… Na zawsze ją zapamiętam!

Od tamtej pory codziennie jej wypatruję, ale nich to szlag, nigdzie jej nie widzę! Zaczynam myśleć, że pewnie zabiła się na schodach, kiedy zobaczyła, że się na nią patrzę. Ale dalej ufam przeznaczeniu, które nas łączy. Już do końca życia będziemy pili razem melisę patrząc na zachód słońca…

* kolor spódnicy może różnić się od rzeczywistego

Bóg chodzi w trampkach!

20 październik 2007

Spójrzcie na buta poniżej:

To kultowe już obuwie zostało wymyślone i wyprodukowane przez amerykańską firmę Marquisa M. Converse. Cała forma bazowała na gumowej podeszwie opatentowanej przez Waita Webstera i stanowiła nowy rodzaj butów sportowych dla koszykarzy (All Stars).

Oto logo relikwia!

Buty te miały grubą gumową podeszwę i czarny płócienny wierzch, sięgający ponad kostkę. Znakiem firmowym była gwiazda na kostce. Niestety, buty nie przyjęły się wśród zawodników, ale kolej rzeczy zmienił, w 1923 roku, Charles „Chuck” H. Taylor, gracz drużyny Akron Firestones. Od tej chwili po ziemiach naszego globu stąpało miliony trampek.

Co więcej, w latach 40 i 50, XX wieku, białe trampki wprowadzono jako obuwie treningowe do amerykańskiej armii.

W latach 50 i 60, tramki stały się obiektem kultu młodzieży, która nosząc ten typ obuwia symbolizowała okres buntu . Gwiazdy rocka również nie gardzili conversami, czego potwierdzeniem było noszenie tych butów na nogach do momentu, w którym zjadał je grzyb.

Niestety, tramki straciły na znaczeniu w 70 latach, kiedy to na rynek wchodziły nowe, udziwione wariacje butów sportowych do wszystkich rodzajów czynnosci życiowych. Do mycia zębów wkładało się buty o cienkiej podeszwie w celu uzyskania stałego uziemienia, a do szycia można było nabyć buty na guziki.

W Polsce tramki zawitały u nas w latach 30, a producentem była firma “Stomil”. Nazwa polska wywodzi się od określenia “trampa” czyli łazika, wędrowca, gdyż buty takie noszono podczas wycieczek pieszych.

Na sam koniec chciałbym podkreślić znaczenie trampek w naszej dotychczasowej kulturze. Były one butami uniwersalnymi, kultowymi, posiadającymi własną “dziką” duszę. Stały się obiektem kultu i nikt, powtarzam, nikt nie śmiał wytykać ich palcami! Ba! Ja w trampkach pisałem test końcowy w gimnazjum i czułem się nie mniej ważny od Jezusa Chrystusa! Te buty są jak Ford Mustang, jak czapka baseballowa, jak dżinsy – nieśmiertelne!

Zmierzając do meritum:

… Jeśli jeszcze raz jakiś sukinsyn w szkole zwróci mi uwagę, że muszę być biedny skoro chodzę w trampkach, to tak wkomponuję mu te buty w jego jelito grube, że staną się one integralną częścią jego układu wydalniczego! Ostrzegam wszystkich.

Depeche Mode vs. U2

19 październik 2007

W poprzednim poście opisałem, co zrobią ze mną fani Tokio Hotel. Cóż, mogą co najwyżej pomarzyć o swoim sposobie na moją śmierć bo i tak najprawdopodobniej umrę wcześniej rozszarpany przez watahę długowłosych wojowników i homoseksualistów w różowych okularach, a to, dlaczego:

Depeche Mode a U2. Gdzieś w jakiejś gazecie przeczytałem, że U2 grają muzykę mdłą, nieciekawą i nudną, i że Depesi są sto razy lepsi. Czy mu odbiło? Dla mnie to jest odwrotnie!

Depeche Mode stworzony jest, aby swą muzyką wprawiać w nastrój melancholii i smutku, a kiedy ich słucham przypomina mi się pogrzeb dziadka i sam zaczynam myśleć o pójściu w ziemię. Przecież przez tych ludzi przechodzi mrok i zatracenie. Ich utwory nadają się do słuchania w zakonach, aby mnisi umartwiając ciało umacniali duszę. Nie wiem, nie mam pojęcia jak to jest Depechami. Mimo to jestem w stanie uszanować ten zespół, bo trzyma się swojego, klimatycznego stylu i nie wykrada go Rolling Stones’om.

Co najśmieszniejsze – wiem, że lata, w których jest popularny aktualny rodzaj muzyki wymuszają na artystach dostosowanie się do pewnych form autodesignu, ale spójrzcie na obrazki poniżej:

Depesi za czasów, kiedy uprawiali seks z 13 – latkami…

…I teraz, kiedy mają już włosy na plecach.

Niech mnie szlag, ale to tak jakby sataniści przerzucili się ze składania ofiar ze szpinaku, na krwawe ofiary z baranka ;)

Jeśli chodzi o U2. Bono jest jak członek mensy z małym penisem. Mama najprawdopodobniej poiła go tranem i przygniatała stołem kuchennym a on, jak dorósł, postanowił ratować świat i jego politykę. Zapewne pragnął, aby ludzie uniknęli jego tragicznych losów z dzieciństwa… A ma małego penisa, bo robi za gejowska przytulankę Georga Busha, o!

“George, jestem dumny z tego, czego dokonałeś wczoraj wierczorem!”

A ja go lubię. Mimo, że ma nażelowane włosy i nosi niemęskie okulary, to go lubię, bo gra fajną muzykę – lekką, ciepłą i przyswajalną. Nigdy nie myślałem o samobójstwie, kiedy Bono śpiewał „You’ve got stuck in a moment” ani nie szukałem żyletek tudzież ćwiekowanych pałek, gdy w radiu leciało „with or without you”. Po prostu, słuchałem U2 nawet tego nie zauważając. Na tym polega cały urok. Fakt, może Bono i jego świta nie tworzą dzieł kultowych i nowatorskich, ale z drugiej strony nie słyszałem nic przyjemniejszego w tej klasie.

Wniosek jest prosty – kochasz życie, słuchaj Bono! Wiem, ludzie Cię wyśmieją, ale to najlepsza opcja…

Schrei na Tokio Hotel!

13 październik 2007
Bill to ten trzeci od lewej. Niezła dupa, chciałoby się rzec. Szkoda, że jest hetero ;)

Zupełnie nie mogę zrozumieć fenomenu Tokio Hotel, z wokalistą, którego chętnie bym przeleciał, jeśli zmieniłby płeć. Poważne gazety muzyczne (Bravo, Bravo Girl a nawet Bravo Sport) rozpływają się wytykając zalety tego hujwiejakiegobandu. Że niby odkrycie roku, pierwsze miejsca na listach top we wszystkich krajach! (Oprócz Hondurasu – tam uwielbiają słuchać dźwięku klapniętego penisa), że są charyzmatyczni i przyciągają rzesze (chyba Trzecią…) fanów.

Pal licho kretynów, którzy są za to odpowiedzialni. Pewnie zostawiłbym tych szwabów w spokoju gdyby nie tekst Biografii zespołu na największym gównianym portalu w Polsce odnośnie Tokio Hotel. uwaga, cytuję:

“.. Niektórzy porównują ich do Beatlesów wcale nie mijając się z prawdą.”

No, za przeproszeniem, kurwa! Czy ja tu czegoś nie rozumiem? Te mangowe udka kurczaków porównywano do Beatlesów? Co jest w nich takiego magicznego? The Beatles, to pionierzy, klasyka i największy penis rock&rolla jakiego w życiu widziałem! Tokio Hotel, to przy nich dziewicze vaginy!

Durne nastolatki, którzy słuchają tego “ło!”

P R Z E C Z Y T A J C I E    U W A Ż N I E

Wasz ukochany zespół, to wyłącznie:

  • Machina komercyjna (To pewna “instytucja”, która robi z ludzi luksusowe dziwki wmawiając im, że właśnie na nich czeka cały naród, świat, galaktyka!),
  • głupie nastolatki (Jeśli w jednym wyrazie robisz więcej błędów niż Dan Brown w całym “Kodzie Leonarda Da Vinci”, to znaczy, że bokserki zakładasz tył na przód, na ścianie wisi plakat Bartka Wrony, a komórki używasz do słuchania dzwonków Mandaryny, a co znaczy, że należysz do owej kategorii.),
  • Bill Kaulitz nie umie śpiewać (posłuchajcie tylko jego głosu w piosenkach śpiewanych po angielsku. Brzmi jakby mu wycieli jądro i pozwolili oglądać jak pożera je wrona),
  • Ich piosenki to wyłącznie zapchajdziury, bez klimatu, przyciężkie, i mało oryginalne (chociaż to ostatnie można im wybaczyć. Teraz trzeba się wysilić, żeby utwór nie przypominał hitu z zamierzchłych lat),
  • Chryste… jak ja się mogę śmiać z nazwy ich płyty – „Schrei”


Zapewne następnego dnia pod moim oknem będzie stało stado bladych i ubranych na czarno fanów ich muzyki z zamiarem nadziania mnie na widły tudzież ta cała “rzesza” chcąca zapałować mnie wibratorami.
Mam to gdzieś…
Ja po swojej stronie mam watahę fanów The Police, Led Zeppelin, AC/DC, The Who oraz Guns&Roses…
Wymiękacie “Dur ne Monsunowe” łazęgi ;)

Nie wiąż butów morderco!

12 październik 2007

Mam durny problem.
Siedzę sobie na łóżku i z maksymalną koncentracją spoglądam na moje stopy utkwione w adidasach.
Niby wszystko jest w porządku, buty są z tej samej serii i dzielą się odpowiednio na but lewy i prawy.
Są czyste i z dumą prezentują logo firmy, które jest większe od kompletnej perkusji.
W takim razie co jest nie tak?
Co sprawia, że tak się w nie wpatruje?
Chodzi o sznurówki!

Jakby nie patrzeć mamy XXI wiek. Korzystamy pełną parą ze zdobyczy cywilizacji ludzkiej, nie umieramy na grypę i zasuwamy po miastach zielonymi skodami, które napędzane są ekologiczną jagnięcą uryną.
Nasze dzieci bez problemu posługują się sześcioma językami i lada dzień będziemy korzystać z hipermarketów Tesco na Marsie, Plutonie i Jowiszu.
Ilość samobójstw spada, bo zaraz cię odratują a głowice jądrową można bez problemu zakupić na eBayu. To wszystko jest snem naszych czasów. Snem, który się spełnia. Herszt ludzi na świecie pracuję dniami i nocami, aby żyło nam się lepiej. Nadzieja an lepsze jutro jest już na wyciągnięcie ręki, recepta na nieśmiertelność już muska nas po nerkach…
Tylko niech mi ktoś cudownie mądry wytłumaczy, dlaczego w dalszym ciągu muszę sznurować buty?!

Wciskam guzik – otwiera się brama, włącza się toster i grzeje się deska klozetowa do temperatury, którą cieszą się wyspy na Malediwach. Kiedyś trzeba było otworzyć bramę solidnym kopniakiem, kawałek chlebka odsmażyć na patelni a deski klozetowej się nie grzało – była tylko dziura wycięta w spróchniałej desce.
Ludzie zauważyli, że było to mało wygodne, dlatego podwyższyli swój standard życia mając już dość wyciągania drzazg z tyłka. Czemu nikt nie pomyślał wtedy o sznurówkach?
Przecież ich wiązanie jest również mało wygodne a nikt do tej pory nie pokusił się żeby coś z tym zrobić. Wiem, jestem wręcz pewien, że da się stworzyć elektroniczne automatycznie wiążące się sznurówki. W końcu specjaliści tworzą roboty saperskie i maszyny chirurgiczne mogące wyciąć ci wyrostek, wszczepić egzoszkielet i wykonać liposukcję za jednym zamachem.
Nie wierzę w brednie, że będzie to kosztować krocie. Każda szanująca się firma obuwnicza postawi na taki patent bez względu na cenę, byleby tylko zyskać dzięki temu klienta. A przecież i tak płacimy za dobre buty parę stówek. “Za pieniądze z twoich sznurówek można by opłacić badania w celu wykrycia leku na raka!” – krzykniecie oburzeni.
Taa…
Co z tego, że wymyślą w końcu lekarstwo na raka, skoro i tak ktoś umrze na AIDS? A nie wiem czy wiesz, ale w momencie, kiedy schylasz się, aby zawiązać sznurówki – na świecie umiera średnio 20 ludzkich istnień! Pomyśl sobie ilu ludzi ocalałoby, jeśli mieszkańcy bogatych miasteczek przestaliby schylać się w celu zawiązania buta! Miliony! Przemyślenia zostawię Wam. Ja tymczasem przerzucę się na klapki…